Sobota, 14 Luty
Imieniny: Liliany, Walentyny, Walentego -

Reklama


Reklama

Michał Felinczak o zimowej wyprawie. 600 kilometrów bez telefonu, bez jedzenia, w mrozie i śniegu


Michał Felińczak dotarł do Szczycionka, gdzie czekał na niego Adam Gełdon – leśnik, edukator, specjalista od wilków. Razem przeszli kilka kilometrów lasem, rozpalili ognisko i zatrzymali się na rozmowę. To jeden z przystanków na Wilczym Szlaku – ponad 600-kilometrowej wyprawie, która prowadzi ścianą lasu i ma zwrócić uwagę na zamknięte korytarze ekologiczne, z których dzikie zwierzęta, w tym wilki, nie mogą dziś korzystać.



Rozmawiamy w Szczycionku, kilka kilometrów za Szczytnem. Michał był wówczas w trasie od końca grudnia. Nie je od kilku dni. Wygląda zadziwiająco dobrze. Uśmiechnięty, pełen energii. Nie liczy kilometrów. Nie sprawdza godziny. Ma lokalizator GPS, czołówkę i zegarek z zerwanym paskiem. Resztę zostawił za sobą.

 

 

Jakbyś miał się przedstawić?

Michał Felinczak. Wytrwały wilk — śmieje się. — Mam 42 lata.

 

Ile już przeszedłeś?

Nie wiem dokładnie. Nie mam żadnego rejestratora. Wiem, że z Owińsk pod Poznaniem do Wisły było około 230 kilometrów. Teraz pewnie ponad 400. Dokładniej wiedzą inni — ci, którzy patrzą na lokalizator.

 

Wyprawa prowadzi z Czerwonackich Mazur — tak Michał nazywa tereny pożwirowe w gminie Czerwonak — do Republiki Ściborskiej na Mazurach. Trasa biegnie „ścianą lasu”, z dala od głównych dróg.

 

Skąd w ogóle pomysł na taką drogę?

To jest projekt wielowarstwowy. Z jednej strony bardzo lubię naturę. Przebywanie w lesie mnie uspokaja. Mam też doświadczenia z medytacją, z postami. Wszystko to połączyłem w coś, co traktuję jak dwutygodniowy urlop regeneracyjno-rozwojowy. Jak ktoś chce jeździć dobrze na rowerze, to jedzie na obóz w góry i kręci kilometry. Ja chciałem zrobić to samo, tylko pieszo. Zimą.

 

Impulsem była Republika Ściborska — miejsce, do którego przyjeżdżam od lat z rodziną na letnie obozy. Zimą odbywają się tam spotkania z ludźmi północy, opowieści o mrozie, biwakach, przetrwaniu. Słuchałem historii o minus trzydziestu, czterdziestu stopniach. I pomyślałem: najdalej na północ byłem właśnie tam. To przynajmniej dotrę tam „z buta”.

 

 

Jednym z założeń było pełne odcięcie od cywilizacji. Nie masz telefonu.

Nie mam. Mam tylko lokalizator GPS, dla bezpieczeństwa. I aby moja rodzina wiedziała, gdzie jestem. Do tego czołówkę i zegarek, który i tak się rozładował. Nie wiem, która jest godzina i zupełnie mi to nie przeszkadza. Na urlopie lubię się odcinać. Tutaj to było kluczowe. Bez elektroniki, bez pieniędzy, bez wchodzenia w tryb „załatwiania spraw”.

 

Nie jesz od startu?

Od 29 grudnia. To jedenasty dzień. Piję jedynie wodę filtrowaną w terenie albo wrzątek, jeśli ktoś mnie poczęstuje. Do butelki dodaje sok z imbiru i cytryny.

 

Taka wyprawa to ogromny wysiłek fizyczny, skąd zatem twój organizm bierze energię?

Źródłem energii jest autofagia — proces odżywiania wewnętrznego. To nie było komplikowanie wyprawy, tylko jej uproszczenie. Sam plecak, zimą, waży ponad 20 kilogramów. Gdybym miał nieść jedzenie na 660 kilometrów, to by się nie dało. W 2016 roku japoński profesor dostał Nobla za opisanie tego mechanizmu. Organizm korzysta z zapasów tłuszczu, a przy okazji się oczyszcza. Zwierzęta robią to naturalnie. My też potrafimy, tylko tego nie ćwiczymy. Raz w roku robię dłuższy post. Zima wydała się dobrym momentem.

 

Ekstremalne warunki tej zimy nie zaskoczyły cie?

Sprzęt jest przygotowany na temperatury rzędu minus 20–30 stopni: hamak, puchowa podpinka, śpiwór, tarp. Nocuje w lesie. Rano budzę się, a śpiwór z zewnątrz jest sztywny. Para z oddechu zamarza. Moskitiera w hamaku biała od szronu. To moje pierwsze doświadczenia z takimi temperaturami w hamaku.


Reklama

 

Był kryzys?

Nie. W zeszłym roku robiłem podobną wyprawę, tylko bez rozgłosu. Wtedy było więcej wilgoci, deszczu, odwilży. Teraz mróz jest prostszy do ogarnięcia.

 

Co okazało się największym problemem?

Śnieg. Trasa prowadzi przez lasy. Drogi są zasypane. Torowanie po kolana albo po pas, z 20 kilogramami na plecach, to jest mordercze. A ja zakładałem około 40 kilometrów dziennie.

 

Na co dzień Michał nie jest ani ekologiem, ani podróżnikiem...

Z wykształcenia jestem automatykiem. Prowadzę ze wspólnikiem firmę. Projektujemy i wykonujemy instalacje elektryczne, to, co marketing nazywa „inteligentnymi domami”. Jestem mężem i ojcem dwóch córek: pięcio- i dwunastoletniej.

 

Jak rodzina zareagowała na ten pomysł?

Robiłem w życiu głupsze rzeczy — uśmiecha się. — Mam dużo energii i kreatywności. Potrzebuję wyzwań. Teraz staram się je kierować w dobrą stronę. Ta wyprawa nie wzięła się znikąd. Mam za sobą doświadczenia medytacyjne, tzw. vision quest — kilkudniowe odosobnienie w lesie, bez jedzenia i kontaktu ze światem. To są rzeczy, które uczą spotkania ze sobą. My ciągle od siebie uciekamy. Telefon, bodźce, zadania. Kiedy ostatni raz ktoś się naprawdę nudził?

 

Ale to co robisz, to chyba też ucieczka. Od ludzi?

Nie. To danie czasu sobie. Żeby wyjść z czymś do ludzi, trzeba najpierw znaleźć siebie.

 

Pierwotnie wyprawa miała pozostać prywatna. Bez mediów. Bez nagłaśniania.

Ale po drodze pojawił się pomysł, że to może być pretekst do rozmowy o ważnych sprawach. Aby zwrócić uwagę na naturę, przyrodę, zwierzęta. Rok wcześniej razem z grupą ekspertów prowadziłem akcję edukacyjną o wilkach. Wilk w bajkach zawsze jest zły. Niedźwiedź słodki. A wilk pełni konkretną rolę w ekosystemie i nie jest zagrożeniem dla człowieka. Najbardziej boimy się tego, czego nie znamy. Tamta akcja zadziałała. I otworzyła kolejne drzwi. W tym roku temat jest inny. I dotyczy nie tylko wilków. Mój „Wilczy Szlak” pokazuje teraz czym są zamknięte korytarze ekologiczne i dlaczego zwierzęta przegrywają z siatką i betonem.

 

Co widzisz idąc pieszo przez Polskę?

Nie da się nie zobaczyć jednego. Kraj jest pocięty trasami szybkiego ruchu. Jest ich coraz więcej. Dla ludzi to wygoda. Szybciej dojedziemy, sprawniej się poruszamy. I to jest okej. Poszły na to ogromne pieniądze. Tylko że przy okazji pocięliśmy lasy, przestrzeń migracji zwierząt. I mało kto wie, że większość przejść ekologicznych, które miały ten problem rozwiązać, jest dziś… zamknięta.

 

Zamknięta?

Tak. Siatką. Od lat. Przejścia zostały zbudowane po to, żeby zwierzęta mogły bezpiecznie przechodzić nad trasami. Żeby nie wchodziły pod koła. Żeby nie ginęły. A w praktyce wiele z nich od ośmiu lat nie działa. Zwierzęta nie mają realnej alternatywy. Droga jest, siatka jest, przejścia brak.

 

I ty idziesz właśnie tym „szlakiem zwierząt”?

Dokładnie. Dlatego ta trasa nie jest przypadkowa. Staram się iść ścianą lasu. Uwzględniać korytarze ekologiczne. Szlaki migracyjne. Wilcze trasy. Stąd nazwa – Wilczy Szlak. To marsz pokazujący, gdzie są bariery. Gdzie kończy się las, a zaczyna beton.

 

Trasa zaczyna się pod Poznaniem.

Reklama

W Owińskach, na skraju Puszczy Zielonki. My mówimy na to Czerwonackie Mazury – od gminy Czerwonak. I to jest drugi cel tej wyprawy. Mikroekologiczny.

 

Czyli?

„Myśl globalnie, działaj lokalnie”. Jeśli każdy zadba o swoje najbliższe otoczenie, to w skali kraju robi się różnica. W Czerwonaku mamy zbiorniki pożwirowe zalane dwadzieścia lat temu. Powstały wyspy, półwyspy, groble. Dziś to żywy ekosystem. Miejsce, które ludzie wzięli pod opiekę. I to jest dowód, że oddolnie da się coś zrobić.

 

Wracając do wyprawy – jak wygląda codzienność w drodze? Co masz w plecaku?

Sprzęt do przetrwania. Hamak. Podpinkę puchową. Śpiwór puchowy. Karimatę – siedzę na niej, wkładam ją też do środka śpiwora. Tarp, który chroni przed śniegiem i deszczem. Filtr do wody. Butelki. Termos. Mapa. Kompas. Minimalna elektronika: latarka, lokalizator. Apteczka – w zeszłym roku jej nie miałem i brakowało plastrów. W tym roku mam i… nie potrzebuję.

 

Śpisz cały czas w terenie. Bez namiotu.

Tak. W hamaku. Sprzęt jest przygotowany na minus dwadzieścia, minus trzydzieści. Największym wyzwaniem nie jest mróz, tylko śnieg. Metrowe zaspy. Torowanie drogi z dwudziestoma kilogramami na plecach. Trasa zakładała czterdzieści kilometrów dziennie, ale las szybko to weryfikuje.

 

Spotykasz ludzi?

Coraz częściej. W tym roku dużo częściej niż wcześniej. Ktoś mnie kojarzy. Ktoś zrobi zdjęcie. Ktoś zapyta. Wczoraj powiedziałem, że zimno – ktoś przyjechał i rozpalił ognisko. Tak po prostu.

 

Jak wiedzą, gdzie jesteś?

Przez fundację Równe Moce. Jeśli ktoś chce mnie spotkać, dostaje link do lokalizacji na dany dzień. To oddolna inicjatywa. Budujemy relacje. Spotkania. Wydarzenia. Bez wielkich haseł.

 

Na koniec zapytam wprost. Po co to wszystko?

Bo żeby wyjść z czymś do ludzi, trzeba najpierw spotkać się ze sobą. A potem spróbować powiedzieć coś ważnego. Ja idę. Bez jedzenia. Bez telefonu. Przez lasy. I mówię: zobaczcie, jak wygląda świat, kiedy patrzy się na niego z perspektywy zwierząt. I zobaczcie, co my z nim robimy.

 

 


Michał Felińczak – Wilczy Szlak

Michał Felińczak ma 42 lata. Z wykształcenia automatyk, zawodowo projektuje i wykonuje instalacje elektryczne. Prywatnie mąż Marty, ojciec dwóch córek. Od lat związany z lasem i działaniami oddolnymi.

 

Zimą 2025/2026 samotnie wyruszył pieszo z Owińsk pod Poznaniem na Mazury. Trasa liczy ponad 600 kilometrów i prowadzi głównie ścianą lasu. Michał idzie bez jedzenia, bez telefonu i bez pieniędzy. Korzysta jedynie z wody, minimalnego sprzętu biwakowego i lokalizatora GPS.

 

Wyprawa ma dwa cele. Pierwszy to osobisty projekt samorozwojowy – czas offline, post i marsz w trudnych warunkach. Drugi to akcja społeczna. Michał zwraca uwagę na problem zamkniętych korytarzy ekologicznych nad trasami szybkiego ruchu. Przejścia, które miały umożliwiać migrację dzikich zwierząt, w wielu miejscach pozostają od lat zablokowane.

 

Trasa wyprawy została nazwana Wilczym Szlakiem – symbolicznie podąża śladami zwierząt i pokazuje bariery, jakie stworzył człowiek.


 



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama