Najpierw odnaleźli wrak statku, który woził pasażerów po Kalwie przed wojną. Dziś pomagają uruchomić jego następcę. Historia zatoczyła koło. Nowy statek pasażerski jest już zwodowany na jeziorze Kalwa, a pierwsze rejsy mają ruszyć jeszcze w tym miesiącu. O kulisach całego przedsięwzięcia, niezwykłym odkryciu na dnie jeziora i transporcie 30-tonowej jednostki ze Szczecina rozmawiamy z Maciejem Rokusem, szefem Grupy Specjalnej Płetwonurków RP, której baza znajduje się w Pasymiu.
Statek już jest na Kalwie?
Maciej Rokus: Jest. Zwodowany. Stoi bezpiecznie przy naszej bazie. Mogę powiedzieć, że operacja zakończyła się sukcesem. Teraz trwają przygotowania do rozpoczęcia rejsów.
Dla mieszkańców to może być zwykła atrakcja turystyczna. Dla pana chyba coś więcej?
Zdecydowanie więcej. Bo ta historia zaczęła się dużo wcześniej. Prześledziłem dzieje statków pasażerskich, które pływały po Kalwie przed wojną. Były trzy takie jednostki. Jedna z nich nosiła nazwę „Hertha”. I właśnie ten statek udało nam się odnaleźć na dnie jeziora.
To ten słynny wrak w okolicach Pasymia?
Tak. Zlokalizowaliśmy wrak i potwierdziliśmy, że to właśnie „Hertha”. Co ciekawe, historia mówiła, że po zakończeniu przewozów pasażerskich statek wykorzystywano do transportu cegły. Gdy zeszliśmy na dno, okazało się, że rzeczywiście jest nią załadowany.
Czyli historia potwierdziła się pod wodą?
Dokładnie tak. Później prowadziliśmy badania wspólnie z Marynarką Wojenną. Porównaliśmy wymiary wraku z historycznymi fotografiami. Wszystko się zgadzało. To ten sam statek. Według przekazów został zatopiony przez Rosjan pod koniec wojny. Takie jednostki mogły mieć znaczenie strategiczne, więc często je niszczono, żeby nie mogły zostać wykorzystane przez drugą stronę.
Słyszałem, że myślicie nawet o wydobyciu „Herthy”.
To nie jest niemożliwe. Oczywiście byłaby to bardzo skomplikowana operacja, ale technicznie wykonalna. Myślę, że kiedyś warto byłoby do tego wrócić. To kawał historii Pasymia i całych Mazur.
A dziś historia wraca na Kalwę w zupełnie nowej formie.
I to jest piękne. Po około 80 latach znów będzie można wsiąść na statek pasażerski i zobaczyć jezioro z perspektywy, którą znali mieszkańcy przed wojną.
Jak zaczęła się historia nowego statku?
Od decyzji burmistrza Marcina Nowocińskiego. To była odważna decyzja. Zaproponowałem, żebyśmy pojechali obejrzeć jednostkę w Szczecinie. Nie kupuje się przecież statku na podstawie kilku zdjęć. Spędziliśmy tam dwa dni. Choć od razu sprostuję. Pasym nie kupił statku, a wydzierżawił do końca tej kadencji samorządu. Była to mądra i odpowiedzialna decyzja burmistrza, który nie chce obciążać kolejnej kadencji swoją decyzją.
Co sprawdzaliście?
Wszystko. Stan techniczny, zachowanie jednostki na wodzie, możliwości manewrowe. Pływaliśmy nim przez kilka godzin po Odrze. Chciałem zobaczyć, jak reaguje, jak skręca, jak zachowuje się przy różnych manewrach. Jestem biegłym z zakresu budowy jednostek pływających, więc mogłem ocenić wiele rzeczy już na pierwszy rzut oka.
I zdał egzamin?
Zdecydowanie. To bardzo rozsądnie dobrana jednostka do Kalwy.
Co zdecydowało?
Przede wszystkim zanurzenie. Ten statek potrzebuje zaledwie około 70 centymetrów wody. To ogromna zaleta na jeziorach takich jak Kalwa. Po drugie bezpieczeństwo. Ma komory wypornościowe.
Dla przeciętnego pasażera brzmi tajemniczo.
A to bardzo ważna sprawa. Jeżeli mała łódź się wywróci i nie posiada komór wypornościowych, często po prostu tonie. Opada na dno. Ta jednostka jest skonstruowana inaczej. Nawet w sytuacji awaryjnej zachowuje wyporność. To jeden z kluczowych elementów bezpieczeństwa.
Sam transport też był sporym przedsięwzięciem.
Ogromnym. Mówimy o jednostce ważącej około 30 ton. Potrzebny był specjalistyczny transport ponadgabarytowy, piloci, zezwolenia, odpowiedni sprzęt dźwigowy. Sam przejazd ze Szczecina trwał dwa dni.
Łatwo było zwodować taki kolos?
Nie. Użyliśmy bardzo dużego dźwigu. Trzeba było uwzględnić także linię energetyczną i warunki terenowe. Ale wszystko przebiegło zgodnie z planem.
Jezioro Kalwa jest gotowe na taki statek?
W mojej ocenie tak. To duży akwen. Ma bardzo dobre warunki do prowadzenia żeglugi pasażerskiej. Teraz wykonamy jeszcze szczegółowe badania batymetryczne, stworzymy mapy głębokości i wyznaczymy najbezpieczniejsze trasy. Ale już dziś mogę powiedzieć, że Kalwa ma ogromny potencjał.
Co pana najbardziej cieszy w tym projekcie?
To, że ludzie będą mogli zobaczyć swoje jezioro na nowo. Będą mogli poznać historię miejsca, przez które codziennie przechodzą. Popłynąć w stronę Rudzisk Pasymskich, zobaczyć okolice Pasymia z zupełnie innej perspektywy. Dla młodzieży, dla turystów, dla mieszkańców – to będzie coś wyjątkowego. I chyba właśnie o to chodzi. Żeby historia nie leżała tylko na dnie jeziora razem z „Herthą”, ale żeby znowu zaczęła żyć.
Franek66
Podoba mi się zaproszę żonę na wycieczkę .
Joanna
Gratulacje Brawo za pomysł