Sobota, 13 Grudzień
Imieniny: Dalidy, Juliusza, Łucji -

Reklama


Reklama

„Nie chcą umrzeć. Chcą przestać tak żyć.” Dr Halszka Witkowska o tym, jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc


Samobójstwo nie jest wyborem. To moment, gdy człowiek przestaje widzieć sens i brakuje mu nadziei — mówi dr Witkowska. W Polsce każdego dnia życie odbiera sobie trzynaście osób. Większość z nich wcześniej dawała sygnały, że potrzebuje pomocy – tylko nikt ich nie usłyszał. Dr Halszka Witkowska, suicydolog i ekspertka Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, podczas konferencji w Szczytnie opowie, jak rozpoznać wczesne sygnały zagrożenia samobójstwem i dlaczego – jak mówi – „nie chcą umrzeć, chcą przestać tak żyć.” My z panią doktor o tym trudnym temacie porozmawialiśmy już dziś.



Pani doktor, to pytanie pewnie słyszy Pani często, ale zadam je mimo wszystko. Dlaczego ludzie wybierają śmierć?

Nie ma jednej prostej odpowiedzi. Samobójstwo nie jest aktem chwili, lecz procesem, który dojrzewa w bólu psychicznym. My, badacze, nigdy nie wejdziemy do głowy osoby, która odebrała sobie życie. Możemy tylko próbować zrozumieć, co się w niej działo – emocje, stany, myśli. W suicydologii nazywamy to syndromem presuicydalnym.

Korzystamy z dwóch źródeł, aby poznać przyczyny takich zachowań: rozmów z ludźmi, którzy przeżyli próbę, oraz listów pożegnalnych. To dwa światy – jeden pełen słów, drugi ostatecznie cichy – ale oba mówią to samo: nikt nie chce umrzeć. Ludzie po prostu nie mają już siły żyć.

 

To ważne rozróżnienie?

Tak, bo to nie śmierć jest celem, ale koniec cierpienia. W suicydologii mówimy o triadzie bólu psychicznego – o beznadziejności, braku nadziei i zanikaniu pamięci o tym, co dobre. Człowiek w kryzysie zapomina, że kiedykolwiek coś mu się udało.

Z przeszłości widzi tylko porażki, w przyszłości – nic. I w tym stanie dochodzi do przekonania: „jeśli odejdę, innym będzie lepiej.” To nie egoizm. To rozpacz, która zniekształca logikę.

 

Znam te słowa z badań, które sam prowadziłem w powiecie szczycieńskim. I właśnie dlatego tak mnie zastanawia: dlaczego my wciąż o tym mówimy szeptem?

Bo przez lata wokół samobójstwa narosło tabu. A tabu zabija. Cisza powoduje, że nie uczymy się języka, którym można mówić o cierpieniu. I że wciąż powtarzamy mity – na przykład ten, że rozmowa o samobójstwie może do niego zachęcić.

 

A to nieprawda?

Wręcz przeciwnie. Wszystkie badania pokazują, że rozmowa ma działanie ochronne. Pytanie o myśli samobójcze nie wywołuje tych myśli. Pozwala osobie w kryzysie odetchnąć. Przewentylować. Ludzie boją się rozmawiać, bo nie wiedzą, jak. Boją się, że coś powiedzą źle.

Ale wystarczy prosty komunikat: „widzę, że cierpisz, jestem z tobą”. To naprawdę może zatrzymać człowieka przed najgorszym.

 

Dlaczego zatem szkoły, pedagodzy, wychowawcy często unikają takich rozmów?

Z lęku. Z niewiedzy. W Polsce mamy tendencję do medykalizacji zdrowia psychicznego – jak depresja, to psychiatra, jak kryzys, to szpital. A przecież każdy może udzielić pierwszej pomocy emocjonalnej, tak jak uczymy się opatrywać rany. Nie chodzi o to, by nauczyciel był terapeutą.

Chodzi o to, by wiedział, jak zareagować, gdy uczeń powie: „nie chce mi się żyć.”

 

To brzmi prosto, ale w praktyce często wygląda inaczej.

Bo wciąż brakuje odwagi, by rozmawiać o emocjach. W naszej fundacji stworzyliśmy program wspierająca szkoła. Szkolimy nauczycieli, jak rozpoznawać sygnały ostrzegawcze, jak rozmawiać z dziećmi po próbie samobójczej, jak towarzyszyć, nie oceniając. To nie wielka psychologia – to ludzkie odruchy, które mogą uratować życie.

 

Pani doktor, a jak w tej „rozmowie” powinni zachować się dziennikarze? Czy w ogóle pisać o samobójstwach?


Reklama

Oczywiście pisać, ale z odpowiedzialnością. W Polsce obowiązują już jasne standardy medialne, opracowane w ramach Krajowego Programu Zapobiegania Samobójstwom. One mówią wyraźnie: nie opisujemy metod, nie podajemy szczegółów, nie romantyzujemy śmierci. Bo nie chodzi o to, by szokować, tylko by zrozumieć i uczyć się mówić o bólu.

 

Wciąż jednak spotykamy się z tytułami typu „fala samobójstw wśród młodzieży”.

To przykład złego dziennikarstwa. Takie nagłówki wzmacniają lęk i mogą wywołać tzw. efekt Wertera – mechanizm społecznego naśladownictwa. Człowiek w kryzysie, czytając o „pięknej śmierci” kogoś podobnego, myśli: „skoro on mógł, to ja też.” Dlatego nigdy nie podajemy metody, nie piszemy, że „śmierć przyniosła ukojenie”.

 

A jak to pisanie powinno wyglądać?

Skupiać się na rozwiązaniach, nie na tragedii. W artykule warto dodać numery telefonów pomocowych, wypowiedź eksperta, przykład osoby, która wyszła z kryzysu. To się nazywa efekt Papageno – pokazanie nadziei. Bo media mogą zarówno zaszkodzić, jak i uratować.

 

To ciekawe, bo w przestrzeni publicznej często słychać, że o takich rzeczach „lepiej nie mówić”.

Tak mówią ci, którzy nie rozumieją wagi słowa. Każdy komunikat o samobójstwie czyta także ktoś, kto sam cierpi – lub ktoś w żałobie. Dlatego pisząc, trzeba pamiętać o wszystkich. Nie chodzi o dramatyzm, tylko o poczucie odpowiedzialności za to, co się mówi. Bo rozmowa, jeśli jest uczciwa, nie zabija. Milczenie – tak.

 

Wspomniała Pani, że 4 tysiące z 5 tysięcy samobójstw w Polsce to mężczyźni. Dlaczego właśnie oni?

Bo mężczyzn nikt nie nauczył mówić o emocjach. Z dzieciństwa wynoszą zakaz słabości: „chłopaki nie płaczą.” Później – presję odpowiedzialności, pracy, utrzymania rodziny. A gdy przychodzi kryzys, oni nie proszą o pomoc. Sięgają po alkohol. W Polsce najczęściej życie odbiera sobie mężczyzna między 35. a 60. rokiem życia – bezrobotny, po rozwodzie, często z chorobą alkoholową. To dramat w ciszy. Bo taki człowiek nie powie: „nie daję rady”. On po prostu przestaje wstawać rano.

 

I wtedy w statystyce pojawia się kolejna liczba.

Tak. Ale za każdą liczbą stoi historia. Dlatego zawsze podkreślam: samobójstwo to nie kwestia słabości, lecz niewidzialnego bólu, który przerósł człowieka.

 

W przypadku dzieci i młodzieży liczby też są zatrważające.

Tak. W ubiegłym roku odnotowano 127 samobójstw wśród osób do 19. roku życia. Ale prób samobójczych było ponad dwa tysiące. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na jedno samobójstwo dziecka przypada od 100 do 200 prób.

 

Często słyszy się: „ona chciała tylko zwrócić na siebie uwagę”.

I to zdanie jest krzywdzące. Bo co musi się dziać w życiu dziecka, które używa tak drastycznych środków, by zwrócić uwagę dorosłych? To nie manipulacja, to wołanie o pomoc. Dziecko nie ma narzędzi, by mówić o cierpieniu, więc krzyczy w jedyny sposób, jaki zna. I jeśli wtedy usłyszy: „chciałaś się tylko popisać” – to ten krzyk może ucichnąć na zawsze.

Reklama

 

Czy miejsce zamieszkania ma znaczenie? Duże miasto typu Warszawa, kontra mała miejscowość, jak Szczytno?

Ma. Dane policyjne pokazują, że więcej samobójstw dokonanych jest w małych miastach i na wsiach. To nie tylko kwestia dostępu do pomocy, ale też kultury milczenia. W małych społecznościach wszystko „się wie”, a więc łatwo o wstyd. Trudno pójść do psychologa, bo ktoś może zobaczyć, zapytać. A samotność na wsi czy w miasteczku jest często bardziej dotkliwa niż anonimowość w mieście.

 

Najbardziej jednak poruszają dane dotyczące seniorów. Liczba skutecznych samobójstw jest zatrważająca.

Seniorzy to jedyna grupa, w której liczba samobójstw jest większa niż prób – prawie tysiąc zgonów rocznie i zaledwie około pięciuset prób. To oznacza skuteczność. I to, że nikt ich nie znajduje.

W statystykach nie ma tych, którzy po cichu odstawiają leki, odmawiają jedzenia. To tzw. „ciche samobójstwa”.

 

Dlaczego właśnie starsi ludzie?

Bo często zostają sami. Wyobraźmy sobie: ma Pan osiemdziesiąt lat, żona zmarła, dzieci przyjeżdżają raz na dwa miesiące, renta tysiąc złotych, bolą kolana, boli kręgosłup, boli pamięć.

Nie ma Pan perspektywy poprawy. Nie ma Pan nadziei. To nie chęć śmierci. To rezygnacja z życia, które stało się nie do zniesienia.

 

Czy można im pomóc?

Chciałabym stworzyć w ramach naszej fundacji projekt Senior w kryzysie – specjalną linię wsparcia, gdzie starsze osoby mogłyby porozmawiać z rówieśnikami. Prosty numer, wydrukowany choćby na ulotkach w lekach. Bo do seniorów trzeba mówić inaczej – spokojniej, bliżej. Ale proszę znaleźć na to sponsora. Seniorzy nie są tematem „chwytliwym”.

 

W przestrzeni publicznej temat często myli się z eutanazją.

To prawda. Po jednym z moich wywiadów o samobójstwach seniorów 98 proc. komentarzy brzmiało: „Wprowadźmy eutanazję, problem się rozwiąże.” To pokazuje, jak niewiele wiemy o różnicy między tym a prewencją. Dostaję wiadomości: „Przez ciebie nie ma eutanazji w Polsce.” Tymczasem ja powtarzam: zapobieganie samobójstwom to nie jest zmuszanie do życia. To pomoc, którą możemy dać drugiemu człowiekowi. Eutanazja to inna rozmowa – o granicach medycyny, nie o braku sensu życia. Kryzys samobójczy to zawsze chwila, w której można jeszcze oddać mu światło.

 

Czasem mam wrażenie, że człowiek w kryzysie boi się mówić, a jego otoczenie boi się zapytać.

To bardzo trafne. Dlatego właśnie powstał nasz projekt „Życie warte jest rozmowy”. Bo rozmowa to najprostsze, a jednocześnie najtrudniejsze narzędzie. Nie trzeba znać teorii, wystarczy być człowiekiem. Usiąść i powiedzieć: „widzę cię”. Nie rozwiąże to wszystkiego, ale może odsunąć śmierć.



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama