Piątek, 23 Styczeń
Imieniny: Fernandy, Jana, Rajmundy -

Reklama


Reklama

Wilki pod domem. Mieszkanka Pasymia żyje w strachu: „Boję się wyjść nawet po drzewo”


Sarny rozszarpane kilka metrów od schodów, ślady wilków na podwórku, psy sparaliżowane strachem – tak od kilku tygodni wygląda codzienność mieszkanki Leleszek. Barbara Pusz-Ćwik mówi wprost: boi się o swoje życie i bezpieczeństwo zwierząt. Zgłosiła zagrożenie do gminy i instytucji ochrony środowiska. - Słyszę jednak, że wilk jest chroniony, żadnej pomocy – żali się kobieta. - Rada? Mam wyprowadzać swoje psy na smyczy.



Barbara Pusz-Ćwik mieszka w kolonii Leleszek od 2002 roku. Pasym i okolice zna od ponad czterech dekad. Wspólnie z już nieżyjącym mężem, wybrali to miejsce świadomie – las, łąki, bagna, naturalne przejście zwierząt.

 

– Tu zawsze były sarny, jelenie, dziki. To była wartość tego miejsca – mówi. - Przyjechałam tu z Wrocławia, gdy miałam zaledwie 21 lat. Zakochałam się i zostałam.

 

Wilki też widywała. Jeszcze niedawno z fascynacją.

 

– Wiosną widzieliśmy z mężem basiora. Stał przy drodze, metr ode mnie. Patrzyliśmy sobie w oczy. Byłam zachwycona, nie bałam się – wspomina.

 

To zmieniło się kilka tygodni temu. Pani Barbara wracała nocą do domu. Na łące, przy stawie, zobaczyła coś dużego. Bała się jednak podejść. Zrobiła to dopiero o świcie.

 

– Leżała pożarta sarna. Makabra. Żebra sterczały na półtora metra – opowiada. Zadzwoniła do Nadleśnictwa Korpele. Przyjechał leśniczy. – Pokazał mi ślady. Miejsce zagryzienia, ciągnięcia. To były wilki.

 

Uznała to za dramatyczny, ale jeszcze „leśny” incydent. Trzy tygodnie później wilki przyszły pod sam dom. Było przed 22. Wypuściła na chwilę dwa psy – gończe polskie, w tym siedmiomiesięcznego szczeniaka.

 

– Po kilku minutach sedna suka stała przy drzwiach i trzęsła się cała. Młodszy z psów wydawał jakieś dziwne dźwięki. Wiedziałam, że dzieje się coś złego – mówi.

 

Otworzyła drzwi. – Pięć metrów od schodów leżała sarna. Ciężko pogryziona. Podnosiła głowę i ją opuszczała. To trwało godzinami – relacjonuje. Nie wyszła z domu. - Bałam się – wspomina. - Światła paliły się całą noc. Psy schowałam do domu.


Reklama

 

Rano sarna zniknęła. – Został ślad ciągnięcia przez całe podwórko. Ogrodzenie było podniesione. Wilki weszły na posesję – mówi.

 

Od tamtej pory kobieta żyje w ciągłym napięciu. – Boję się wyjść po drzewo. Boję się wypuścić psy. Nie chodzę do lasu na spacery. Nawet na ogrodzonym podwórku oglądam się na wszystkie strony – przyznaje.

 

Pani Barbara zgłosiła sprawę do instytucji ochrony środowiska w Pasymiu i Olsztynie.

 

- Telefonicznie – przyznaje kobieta. - Ale żadnej pomocy nie uzyskałam. Usłysząłem jedynie, że wilk jest chroniony. To sama wiem, bo mój mąż był myśliwym – dodaje. - Powiedziano mi, że mogę dostać zgodę na środki hukowe, którymi mogę odstraszać wilki – mówi. - Małe petardy, takie sylwestrowe, hukowe dostałam od dzieci. I co z tego, bo w stresie nie byłam w stanie ich użyć. Trzęsły mi się ręce. Taka informacja, to żadna pomoc. Czy naprawdę trzeba czekać, aż wilki zaatakują człowieka?

 

Najbardziej zabolało ją jedno zalecenie.

 

– Kazano mi wyprowadzać psy na smyczy. Na dużej, ogrodzonej posesji. Po to tu mieszkam, żeby nie żyć jak w mieście – mówi. – Powiedziałam urzędniczce: skoro pani ma ogrodzenie, to niech pani chodzi po domu na smyczy. Wiem, że nieładnie, ale zdenerwowałam się, bo to żadna rada. Przepraszam za moje słowa, ale one były z bezradności i strachu. Bo z perspektywy olsztyńskiego, czy pasymskiego biurka zapewne tego nie czuć.

 

Pani Barbarze z pomocą przyszła rodzina. Próbowała wszystkiego: na ogrodzeniu zawisły czerwone taśmy, rozlano zapachy, oświetlono teren, podarowano też gaśnice odstraszającą. – Nie wierzę, że w chwili ataku będę myślała racjonalnie. Jeśli zobaczę, że wilki szarpią moje psy, wyskoczę i będę je bronić. Nie wiem, jak to się skończy – mówi wprost.

Reklama

 

Gmina: potrzebne zgłoszenie na piśmie

Sprawa trafiła też do ratusza w Pasymiu.

 

– Był kontakt telefoniczny. Poinstruowaliśmy, że potrzebne jest pisemne zgłoszenie. Dopiero wtedy możemy wszcząć procedurę – wyjaśnia burmistrz Pasymia Marcin Nowociński. – Ale przyjrzymy się tej sprawie – obiecał. - Jeśli będzie więcej takich zgłoszeń, możliwe są wizje w terenie i kontakt z Regionalnym Dyrektorem Ochrony Środowiska. W grę wchodzą m.in. metody hukowe.

 

Burmistrz podkreśla, że kluczowe decyzje należą do RDOŚ, a gmina nie ma kompetencji do samodzielnych działań wobec wilków.

 

Barbara Pusz-Ćwik nie ukrywa rozczarowania.

 

– To nie jest teoria. One przychodzą ciągle te same. To nie jest jeden przypadek – mówi. Dom stoi na trasie migracji zwierząt. Kiedyś była to zaleta. Dziś – źródło lęku.

 

Domaga się jednoznacznych decyzji.

 

– Najlepszym rozwiązaniem byłby odstrzał. Bo czekanie na tragedię może się naprawdę źle skończyć – mówi.

 

Wilk jest gatunkiem chronionym. Prawo stoi po stronie przyrody. Pytanie, które dziś zadaje mieszkanka Leleszek, brzmi jednak inaczej: kto bierze odpowiedzialność za ludzi, gdy dzika przyroda przestaje trzymać dystans?

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama