Backyard Ultra w Jabłonnej i Gdynia Ultra Way 100+ - dwa różne światy, które łączy jedno nazwisko; Józef Zdunek ze Szczytna. Reprezentant Jurunda w siedem dni przebiegł ponad 200 kilometrów, udowadniając, że w biegach ultra nie zawsze wygrywa tempo, rekord czy spektakularna meta. Czasem najważniejsze jest jedno: wyjść na start kolejny raz, mimo zmęczenia, zimna i wątpliwości, które pojawiają się po drodze.
Zimowy Backyard Ultra w Jabłonnej to nie był bieg łatwy w klasycznym znaczeniu tego słowa. - Temperatura jaka była, taka była. Śnieg, mróz, bieganie w rynnach śniegowych. Na szczęście nie było wiatru, więc ten bieg był nawet przyjemny - opowiada Józek.
Trasa prowadziła przez tereny leśno-parkowe i była wytyczona dokładnie według zasad Backyard Ultra. Jedna pętla, zawsze taka sama, zawsze o tej samej długości. - Ma dokładnie 6.706 km. Startuje się o pełnych godzinach. My startowaliśmy o 7 rano i bieg miał się skończyć o 7 rano na drugi dzień.
W Backyardzie nie ma znaczenia, czy ktoś biegnie szybko. Liczy się tylko to, czy zdąży w godzinę i czy stanie na kolejnym starcie.
- Nieważne, czy przebiegniesz w 40 minut czy w 59. Jak się zmieścisz w godzinie, to jest okej. Jak skończysz 10 minut wcześniej, to masz 10 minut przerwy. Ale są gwizdki - trzy minuty przed, dwie, minuta. I o pełnej godzinie musisz wybiec z korala. Jak się spóźnisz, odpadasz - zaznacza.
Początek był szybki. Może nawet za szybki.
- Pierwsze okrążenia robiłem w 41-42 minuty. To było trochę za szybko. Trzeba sobie w głowie mówić: spokojnie, nie przyspieszaj, truchtaj.
Backyard Ultra to jednak nie sprint i nie wyścig. To długie godziny powtarzania tego samego.
- Do dziesiątego kółka jeszcze jest wesoło. Śmiechy, rozmowy. A później robi się ciemno, głosów coraz mniej, każdy coraz bardziej zmęczony. Niby to tylko 6,7 kilometra, ale z każdym okrążeniem człowiek słabnie.
Najtrudniejsza jest noc i moment kryzysu.
- Jak przelecisz czwartą, piątą rano i przychodzi dzień, to kryzys trochę mija. Ale jak go nie przełamiesz, to jesteś pozamiatany.
Plan zakładał więcej.
- Ja planowałem przebiec 24 pętle, ale wyszło 16 ze względów jelitowych. I dobrze, i źle. Może jakbym zrobił 24, to w Gdyni byłoby zupełnie inaczej. Ale trzeba docenić to, co jest.
Start w Jabłonnej nie był przypadkiem.
- Kolega organizował tego zimowego Backyarda. W tamtym roku miałem być, ale nie wyszło. W tym roku wiedziałem, że są dwa biegi tydzień po tygodniu. Zaryzykowałem.
Backyard i start w Gdyni były elementem większego planu.
- To była taka podbudowa pod BackYard Ultra Warmia 2026, który będzie w marcu pod Olsztynem. Tutaj nie będzie limitu czasowego, tylko bieg do ostatniego zawodnika na starcie.
Przygotowania nie były wymyślne.
- Głównie wytrzymałość. Zimą mniej roweru, więcej biegania. Siłowni trochę za mało. Robiliśmy podbiegi. W Szczytnie gór nie ma, więc biegaliśmy Kierkućkę nad Małym Jeziorem. Ludzie na spacerach widzieli latareczki biegające góra-dół, a to byliśmy my - śmieje się.
Tydzień po Backyardzie przyszedł czas na Gdynia Ultra Way 100+.
- Ten bieg był zaplanowany dużo wcześniej, kilka miesięcy temu opłacony. To było trzecie podejście, a każda edycja wyglądała inaczej. Dwa lata temu była ślizgawica i raczki. W tamtym roku błoto. W tym roku kupa śniegu. Bieganie w rynnach śniegowych, które wykańcza totalnie. Góra, dół, góra, dół, śnieg, rynny. Kolana i stawy dostawały strasznie po tyłku.
Cel był prosty.
- Marzyło mi się, żeby się zmieścić w limicie. O miejscu w kategorii nie myślałem.
Ostatecznie Józek ukończył bieg w 18 godzin i 30 minut, zajmując drugie miejsce w kategorii M6.
- Biegacz, który wygrał, był 15 minut przede mną. Można było powalczyć, ale najważniejsze było to, że byłem w limicie, nawet półtora godziny przed.
Dla Józka sam wynik nigdy nie jest jedynym celem.
- Ja ogólnie z tego Ultra Way jestem bardzo zadowolony, czy to drugie miejsce, czy trzecie. Najważniejsze, że skończone, że jest zabawa. Ale dla mnie ważna jest też sama jazda na takie biegi. Czy to Ultra Way, czy Backyard, czy inne starty. Przy okazji spotykam ludzi, gadamy. Spotykam tych, którzy biegali u nas albo chcą przyjechać. Przy okazji zawsze reklamuję nasz Maraton Juranda, ludzie pytają; chcą się zapisać. To jest dla mnie bardzo ważne. Bo nie ma sensu jeździć gdziekolwiek tylko po to, żeby coś zaliczyć. Jak już jedziesz, to chcesz mieć z tego bieganie, ludzi i atmosferę.
Ponad 200 kilometrów w tydzień to dla niego nie nowość.
- W tamtym roku na mistrzostwach świata w Pabianicach w 48 godzin zrobiłem ponad 280 kilometrów. Zostałem wicemistrzem świata w swojej kategorii.
Przerwa od biegania?
- Musi być, ale nie taka, że nic nie robisz. Trzeba dać organizmowi 2-3 tygodnie odpoczynku w ciągu roku. Szczególnie w moim wieku. Nie jestem już taki młody.
Plany?
- Może obrona tytułu na mistrzostwach Polski. Może 300 kilometrów. Ale to nie jest tak, że sobie zaplanujesz i pobiegniesz. Może być, że po 100 organizm powie: nie. To on weryfikuje plany, ale na pewno trzeba je mieć.
Dominik Deptuła
A kto ten Wilczek, że aż taki artykuł o niej m piszą?
Rafał
2026-06-17 16:58:24
Ten człowiek ma zdolności do likwidacji i zamykania
Bodzio
2026-06-17 09:21:02
Te Spaliny sławne ze złej strony . Wczesniej pedofila złapali , teraz 3, 8 promyka. Szofer
konrado
2026-06-16 22:12:28
Uuuu to w restauracji grota pewnie szambo wybija że zmywarki
Mieszkaniec
2026-06-16 21:22:40
Dzień dobry Państwu. No wreszcie ktoś odważył się powiedzieć to głośno! Pani Radna Malwina Prusińska słusznie „męczy” odpowiednie osoby o temat Dworca PKS, bo — nie oszukujmy się — ten plac wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tam w 1981 roku i od tamtej pory nikt nie miał odwagi tam zajrzeć. Wstyd to mało powiedziane. Nie wiem, czy Pan Michał Trusewicz faktycznie był na tym dworcu osobiście, czy tylko widział go na zdjęciu z satelity, ale skoro już rozmawiamy o transporcie, to mam kilka pytań, które aż proszą się o odpowiedź. Może jakaś kompetentna osoba z ratusza pochyli się nad tym postem — choćby na tyle, żeby nie dostać skurczu pleców. Do rzeczy: 1) Kto wydał pozwolenie dla przewoźników EGER, IKEA i całej reszty floty kosmicznej na parkowanie na parkingu przy Andresa/Lipperta? Bo wygląda to jak prywatny terminal lotniczy, tylko bez samolotów. 2) Czy właściciele tych pojazdów płacą za parkowanie? Pytam, bo parking wygląda jak powierzchnia Marsa po gradobiciu — kratery, jeziora po deszczu i dekoracje w postaci pustych butelek. NASA mogłaby tam kręcić dokument o terraformacji. 3) Dlaczego te autobusy jeżdżą przez Lipperta? Mieszkańcy mają tam survival na co dzień, a przejście przez ulicę to jak gra w „Froggera” na poziomie hard. 4) Co z autami lokalnego zbieracza skarbów? Pan został przegoniony spod Starostwa, więc przeniósł się na parking i dalej parkuje swoje rydwany pełne… powiedzmy: „kolekcji”. Czy naprawdę nie ma sposobu, żeby zakończyć tę epopeję? 5) Czy Straż Miejska lub Policja może tu zareagować? W końcu to centrum miasta, a nie strefa wolnego handlu i dowolnego parkowania. 6) I na koniec — hit sezonu. Pseudo‑przystanek na Pasymskiej, vis‑à‑vis Biedronki, na drodze krajowej 53. Autobusy zatrzymują się na jezdni, zatoki brak, linie ciągłe jak mur chiński — wyminąć się nie da, więc rano korek jak w Warszawie, tylko bez metra. Zgodnie z przepisami decyzję o lokalizacji przystanku wydaje zarządca drogi, czyli GDDKiA (albo miasto, jeśli ma zgodę). No i pytanie: kto uznał, że to dobre miejsce? Bo wygląda to jak żart, tylko nikt się nie śmieje.
MilczącyMyśliciel
2026-06-16 14:58:26
Brawo, Kaiser Wilhelm II lubi to!
Klasyk
2026-06-16 14:27:07
Na kolejowej mapie Warmii i Mazur właśnie dzieje się coś, czego mieszkańcy Wielbarka nie widzieli od ponad trzech dekad. Po 34 latach pociągi Intercity znów zatrzymają się w ich miejscowości. - Gwoli sprostowania - spółka PKP IC powstała w 2001 r, więc Wielbark nie mógł czekać na jej pociągi 34 lata
wolf
2026-06-16 11:08:10
gratuluję szczycieńskiej policji brawurowej akcji, teraz czuję się bezpieczniej
20 porcji dilerskich
2026-06-16 10:11:23
Podoba mi się zaproszę żonę na wycieczkę .
Franek66
2026-06-15 07:49:34
Tak to jest, jak brzegi zabudowane. Jezioro ok, ale bylam raz i nigdy więcej.
Gabi
2026-06-14 19:30:23