Poniedziałek, 29 Czerwiec
Imieniny: Florentyny, Ligii, Leona -

Reklama


Reklama

Babcie uwierzyły pierwsze. Rozwoził sushi, wyrzucili go z architektury. Dziś dzwoni do niego minister


Nie każda droga do sukcesu zaczyna się od talentu. Czasem zaczyna się od rozwożenia sushi, nieudanych studiów i przekonania, że w rodzinie jest się „czarną owcą”. Karol Lewalski, artysta i wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, nie ukrywa, że jego życie potoczyło się zupełnie inaczej, niż wszyscy zakładali. W rozmowie z „Tygodnikiem Szczytno” opowiada o babciach, które nauczyły go dostrzegać piękno, o porażkach, które okazały się początkiem czegoś większego, i o tym, dlaczego sukces nie ma nic wspólnego z talentem.



Kilkanaście minut temu odbierał pan telefon od ministra. Kilkanaście lat temu rozwoził pan sushi po Gdyni. Brzmi jak dwie różne historie. 

To wcale nie są dwie historie. To jest dokładnie ta sama droga. Po prostu długa. (śmiech). Do Gdańska wyjechałem za dziewczyną, która dziś jest moją żoną. Nie miałem wtedy żadnego planu na sztukę. Przez dwa lata rozwoziłem sushi. To była zwyczajna praca. Dopiero żona powiedziała: "Przecież ty zawsze lubiłeś rysować. Idź na Akademię Sztuk Pięknych". Poszedłem.

A wcześniej wyrzucono pana z architektury.

Tak. I dziś sam się z tego śmieję. Bo teraz wykładam na kierunku architektura. Życie ma poczucie humoru.


Kiedy uwierzył pan, że to może się udać?

Nigdy nie było jednego momentu. Ja po prostu robiłem swoje.


Mówi pan, że wszystko zaczęło się od babć.

Tak. Mama urodziła mnie bardzo młodo. Więc wychowywały mnie właściwie dwie babcie. To one nauczyły mnie patrzeć. Nie rysować. Patrzeć. Pokazywały, że piękno jest wszędzie. Myślę, że gdyby nie one, nigdy nie zostałbym artystą.


Patrząc na Pana dzisiejsze sukcesy, łatwo uwierzyć, że wszystko było zaplanowane od początku. Było?

Absolutnie nie. To była bardzo kręta droga. Dzisiaj ludzie widzą wystawy, uczelnię, nagrody, ale nie widzą tego, co było wcześniej. A wcześniej były pomyłki, nieudane decyzje, praca, która nie miała nic wspólnego ze sztuką, i mnóstwo momentów, kiedy równie dobrze mogłem pójść w zupełnie inną stronę.

 

W rodzinie był Pan... czarną owcą?

Tak się zawsze śmieję. W rodzinie dominowała medycyna. Optycy, okuliści. A ja nagle mówię, że chcę rysować, projektować, zajmować się sztuką. Mój licealny kolega Piotr do dziś potwierdza, że od zawsze byłem tą "czarną owcą". Ale dziś myślę, że dobrze, że nią zostałem. Gdybym próbował dopasować się do oczekiwań innych, pewnie nie byłbym szczęśliwy.

 

Powiedział Pan coś, co mnie zatrzymało. „To wszystko przez babcie”. Co one Panu dały?

Wrażliwość. Mama urodziła mnie bardzo młodo, więc ogromną część dzieciństwa spędziłem z obiema babciami. One od najmłodszych lat uczyły mnie patrzeć. Nie mówiły: "to jest ładne". One pokazywały świat tak, żebym sam zaczął dostrzegać piękno. W przyrodzie, w przedmiotach, w świetle, w codzienności. Myślę, że artystą zostałem właśnie wtedy, chociaż nikt jeszcze o tym nie wiedział.


Reklama

Czyli sztuki nauczyły Pana babcie?

Myślę, że nauczyły mnie czegoś ważniejszego niż sztuki. Nauczyły mnie uważności. A reszta przyszła później.

 

Dziś wielu młodych ludzi ze Szczytna myśli, że wielki świat jest gdzieś indziej.

Nie wierzę w to. Naprawdę nie ma znaczenia, czy ktoś pochodzi z Warszawy, Gdańska czy ze Szczytna. O wiele ważniejsze jest to, co ma w głowie i jak długo potrafi iść swoją drogą. Miejscowość nie decyduje o przyszłości. Charakter już dużo bardziej.

 

A talent?

To będzie może niepopularne, ale nie wierzę w talent jako jedyny warunek sukcesu. Słyszę różne teorie. Jedni mówią, że trzeba mieć dar od Boga. Inni, że wystarczy ciężko pracować. Jeszcze inni, że najważniejsze są znajomości. Ja uważam, że najważniejsza jest wytrwałość.

 

Dlaczego właśnie ona?

Bo talent nie pomoże, kiedy przez pięć lat nikt nie chce twoich prac. Znajomości też nie pomogą, jeśli po pierwszej porażce się poddasz. Dla mnie najważniejsze pytanie brzmi nie: "czy jesteś zdolny?", tylko: ile razy potrafisz wstać po porażce? Można ciężko pracować dziesięć lat i nic. Piętnaście lat i nic. A potem nagle coś się wydarzy. Jednym starcza cierpliwości, innym nie.

 

U Pana też były takie momenty?

Oczywiście. Próbowałem studiować architekturę w Warszawie. Zostałem z tych studiów wyrzucony.

 

Dzisiaj wykłada Pan projektowanie na uczelni.

No właśnie. Życie ma poczucie humoru. Dzisiaj uczę projektowania, grafiki, infografiki. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, kiedy opuszczałem uczelnię, że za kilka lat sam będę wykładowcą, pewnie bym nie uwierzył.

 

Był też etap rozwożenia sushi.

Dwa lata. Przeprowadziłem się do Gdańska za miłością. Za moją obecną żoną, jeszcze wtedy dziewczyną ze Szczytna. Trzeba było z czegoś żyć, więc rozwoziłem sushi po Gdyni.

 

Nie miał Pan wtedy poczucia, że wszystko się oddala?

Nie. Bo ja wtedy jeszcze nie wiedziałem, gdzie idę. To był po prostu etap życia. Dzisiaj wiele osób myśli, że sukces wygląda jak prosta linia. Nie wygląda. Raczej przypomina drogę z wieloma zakrętami.

 

I wtedy żona powiedziała...

Reklama

"Przecież lubiłeś rysować. Idź na Akademię Sztuk Pięknych." Poszedłem. Okazało się, że mam szansę.

 

Ale przecież startował Pan z ludźmi po liceach plastycznych.

Tak. Oni byli przygotowani od lat. Ja musiałem bardzo szybko nadrabiać zaległości. Pracowałem praktycznie bez przerwy. I chyba właśnie wtedy nauczyłem się tego, że nie można porównywać się z innymi. Trzeba robić swoje.

 

Kiedy poczuł Pan, że się udało?

Chyba nigdy. I dobrze. Bo kiedy człowiek uzna, że już doszedł, przestaje się rozwijać.


Co powiedziałby Pan dziś młodemu chłopakowi albo dziewczynie ze Szczytna, którzy marzą o sztuce, ale boją się, że są "z za małego miasta"?

Powiedziałbym: przestań myśleć o mieście. Myśl o tym, czy naprawdę chcesz to robić. Bo jeśli odpowiedź brzmi "tak", to przygotuj się na długą drogę. Nie na rok. Nie na dwa lata. Czasem na dziesięć albo dwadzieścia. I jeszcze jedno. Nie bój się etapów, które dziś wydają się porażką. Rozwożenie sushi, wyrzucenie z uczelni czy praca zupełnie poza zawodem nie przekreślają marzeń. Czasem właśnie one uczą najwięcej.

A babcie? Gdy widzą, gdzie Pan jest...

Uśmiechają się i mówią: "Widzisz? Warto było patrzeć uważnie."

 

Ilu porażek człowiek jest w stanie się nauczyć?

Nie wiem. Dziesięciu? Dwudziestu? Stu? Najgorsze jest to, że często przez wiele lat nic się nie dzieje. Pracujesz. Robisz swoje. I nic. Właśnie wtedy większość ludzi odpuszcza. 

 

Nadal jest pan chłopakiem ze Szczytna?

Oczywiście. Tu chodziłem do Jedynki. Potem do Sobieskiego. Tutaj poznałem moją przyszłą żonę. Tu wszystko się zaczęło. Dzisiaj mieszkam w Gdańsku, ale połowa mojego życia została tutaj.


Gdyby dziś mógł pan powiedzieć coś chłopakowi, który właśnie rozwozi sushi i nie wie, czy kiedykolwiek spełni swoje marzenie...

Powiedziałbym jedno. Nie patrz na to, gdzie jesteś. Patrz na to, czy jutro zrobisz kolejny krok. Bo sukces naprawdę nie przychodzi szybko...



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama