Poniedziałek, 27 Lipiec
Imieniny: Anny, Mirosławy, Joachima -

Reklama


Reklama

Miał opowiadać o „Ranczu”. W Szczytnie urwał mu się film — felieton Jerzego Niemczuka


Najpierw ratował młodego kwiczoła, potem wystawiał śmieci, w pośpiechu szykował się na telewizyjny wywiad i szukał w Płozach ławki, która miała zainspirować tę z „Rancza”. W drodze jeep uderzył jednak w bok samochodu, rozmowa skończyła się na kilku nagranych zdaniach, a autor trafił na szczycieński SOR. Dzień później kolejny kierowca wjechał w stojący wrak. Jerzy Niemczuk opisuje serię zdarzeń, przy której nawet praktykujący stoik może zacząć podejrzewać, że rzeczywistość pisze mu czarną komedię.



O urwanym filmie
Ostatnio dzieje się u mnie wszystko, naraz i nagle. Miałem lata spokojnej stabilizacji a w ostatnich paru miesiącach jak nie spotkanie autorskie to wywiad co kilka dni. A między nimi goście, którzy się mijają na drodze tego samego dnia.


20 lipca to dla mnie ważny dzień. Odbierają zmieszane. Jak zapomnę wystawić, to zostaję na starych śmieciach na dwa miesiące. Więc się pilnuję i napominam. Wystawiać należy dzień wcześniej. Jak stoją za długo, to zwierzęta mogą rozwłóczyć. Wprawdzie niedźwiedzi nie mamy, a dziki poszły do Olsztyna, gdzie do nich nie strzelają, ale psy i lisy zostały. 


Czas I miałem do drugiej z wywleczeniem pojemników za bramę. Trafił się jednak kwiczoł. Nielot, który najprawdopodobniej wypadł z gniazda po nocnej burzy. Rozkraczył się tuż przed domem i wydzierał o pokarm. Nasza Ruda go wprawdzie obwąchała i zostawiła w spokoju, ale z drugą, Lucy, woleliśmy nie ryzykować. Zamknęliśmy psy w domu i zaczęliśmy monitorować sytuację. 


Matka trzyma się od małego na dystans, chce go zwabić z bezpieczniejsze miejsce, ten siedzi ciągle w tym samym i piszczy. Odczekałem pół godziny i przeniosłem go w pobliże żywopłotu, gdzie kręcili się rodzice. Ptaki w przeciwieństwie do ssaków nie porzucają młodych dotykanych przez człowieka, więc można pomóc bez ryzyka. Matka mnie zna i nie ucieka na mój widok, a nawet paraduje pod moim oknem popisując się robakami w dziobie, więc tylko przez moment wyglądała na spanikowaną. Po chwili nielot dostał porcję dżdżownic, uspokoił się, a potem schował w krzakach. Odetchnąłem tylko na chwilę, bo dostałem wiadomość, że ekipa telewizyjna, która miała zrobić ze mną rozmowę i planowała przyjechać na drugą, nagle przyspieszyła i będzie o pierwszej. A ja w stroju do ćwiczeń spocony wywlekam śmieci. W ostatniej chwili zdążyłem się opłukać, zapach zamaskować i przybrać ludzką postać. 


Reklama


Pojechaliśmy zaraz szukać w Płozach ławeczki, która była inspiracją dla tej z „Rancza”. Stała za sklepem „Miluś” jak na dwóch kolumnach na pustych pojemnikach po farbie i trzej bywalcy rozprawiali o kosmosie, niedostatek wiedzy nadrabiając bogactwem wyobraźni. Teraz stoi przy bramie inna, bardziej europejska, bo tapicerowana. Podobno za bramą jest jeszcze jedna w krzakach dla stałych klientów, ale kiedy tam byłem parę dni wcześniej, to nie zajrzałem, żeby nie zakłócać konwersacji. 


Zdążyłem parę słów powiedzieć do kamery w drodze do Szczytna, bo w samym Szczytnie na równorzędnym skrzyżowaniu 3 Maja z Ogrodową dostałem w lewy bok od jeepa z Warszawy. Samochód poturbowany niemiłosiernie, ale ja i dwa Michały ze mną nie doznaliśmy żadnego szwanku. Przytomności wprawdzie nikt nie stracił, ale film już nam się urwał, tylko te parę słów po drodze się nagrało, później już tylko katastrofa. 

 

Michał zawiózł mnie na SOR  do szpitala. Jako powypadkowy byłem trochę zaburzony i najpierw trafiłem na dyżur nocny, gdzie pani sprzątająca życzliwie pokazała mi drogę słowami: - Tędy dojdziesz, pieseczku. 
To wprawiło mnie od razu w lepszy nastrój i pozostał on ze mną do końca, od recepcji aż do wypiski. Jeśli miałbym resort zdrowia recenzować na podstawie tego krótkiego pobytu, to w superlatywach. Co prawda miałem szczęście w nieszczęściu, bo w wakacje SOR oblężony zwykle przez urazowych turystów, a tego dnia ledwie dwie osoby przede mną. 

 

Dostałem estetyczną opaskę na wypadek, żeby mnie z innymi? nie pomylić, gdybym się przestał ruszać i mówić, przygotowano mi wenflon, położono w wygodnym łóżku obsługiwanym pilotem, choć ja sam nie zdążyłem się nauczyć go obsługiwać, a na wózku woziła mnie na prześwietlenia urocza pielęgniarka podobna do moich wnuczek. Pani z mopem zupełnie niepotrzebnie zmywała lśniącą podłogę, a kiedy przezornie chciałem usunąć mój plecaczek i buty, powiedziała, że nie trzeba. 

Reklama


Może nabrałbym podejrzeń, że jestem łatwym pacjentem, bo okazałem się ostatecznie zdrowy i nieawanturujący się, jednak nie tylko pielęgniarki, ale i dwaj lekarze wykazywali wyjątkową cierpliwość, wysłuchując pacjentów opowiadających rozwlekle i niewyraźnie o swoich dolegliwościach. 
Czułem się jak niebie, a jednak chciałem jak najszybciej wrócić do życia na Ziemi, co się w końcu udało, choć nie do końca.


Kiedy kolejnego dnia wypełniałem? papiery pokolizyjne i dzwoniłem  po samochód zatępczy, doszło do kolejnej kraksy. W mój stojący na parkingu wrak przywalił osobnik w moim wieku, który wyglądał na nieco półprzytomnego. 


Skasował - tym razem z drugiej strony - tylne drzwi. 
Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, nie wstałem od biurka, tylko zabrałem się za wypełnianie kolejnych kwitów, co dobrze świadczy o moim deklarowanym stoicyzmie.


Naszym wypadkiem, w którym szczęśliwie nikt nie ucierpiał, zainteresował się „Super Express”. Zgodziłem się zeznać pod warunkiem, że wspomną o mojej ostatniej książce. Wprawdzie wspomnieli, ale zaraz zostałem zastąpiony przez byłego policjanta, który kogoś poćwiartował.
Jerzy Niemczuk

 

 

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama