Już 14 lipca, w ramach Dni Pasymia, odbędzie się wernisaż wystawy linorytów Karola Lewalskiego. Artysta, choć mieszka, pracuje i tworzy w Gdańsku, jest silnie związany ze Szczytnem. Jak? Między innymi o tym opowiada.
Samo nazwisko, bardzo znane w Szczytnie, na te związki wskazuje...
Zapewne. Dziadek Wenanty był znanym okulistą. Cała rodzina właściwie jest wciąż ze Szczytnem związana, tylko ja się wyłamałem. Dziadek był dla mnie bardzo ważną osobą. Podporą i życiowym doradcą. Były chwile, gdy chciałem odpuścić, zejść z artystycznej drogi, a on mnie na niej zatrzymywał. Wiele mu zawdzięczam.
Ale niejako odseparował się pan od rodziny w Szczytnie. Dlaczego?
Z miłości... Moja żona też jest ze Szczytna. Poznaliśmy się w „Sobiechu”, chodziliśmy do jednej klasy. Po maturze ona podjęła studia w Gdańsku, ja w Warszawie zacząłem zgłębiać tajniki architektury. Po bardzo krótkim czasie doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie. A że zawsze nieźle mi wychodziło rysowanie, żona namówiła mnie na studiowanie w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych.
I chyba słusznie...
Dziś nie żałuję, co nie zmienia faktu, że artystą zostałem całkowicie z przypadku. Na egzamin w ASP poszedłem bez większych nadziei, z jakimś tam portfolio prac, które tworzyłem właściwie prawie z nudów i ku mojemu zdumieniu – zostałem studentem. Podobnie było z linorytem, którym w ogóle nie zamierzałem się zajmować. Ale w ramach studenckich obowiązków trzeba było wykonać pracę także z zastosowaniem tej techniki, więc coś tam stworzyłem, tak „na odwal się”. I znów ku mojemu zdumieniu profesor stwierdził, że to genialna praca. Tak więc z grafiki projektowej, którą wtedy preferowałem, przekwalifikowałem się na grafikę artystyczną. Przy końcu studiów zaproponowano mi pozostanie na uczelni już w charakterze wykładowcy, zrobiłem doktorat, a obecnie jestem w trakcie habilitacji. Wciąż pracuję w gdańskiej ASP, ale wykładam też w dwóch innych uczelniach.

To kiedy ma pan czas na pracę twórczą?
W nocy. Jak już uporam się z nauczycielskimi obowiązkami i dzieci – dwójka bisurmanów w wieku 7 i 8 lat - pójdą spać.
Teraz poproszę o kilka słów o linorycie, bo raczej nie jest to powszechnie znany rodzaj sztuki plastycznej.
Ci, którzy się zajmują linorytem, mówią zwykle: to krew, pot i łzy. Istotnie. Przygotowanie jednej pracy wymaga dużo czasu i wysiłku. Podstawowy materiał to linoleum, od tego nazwa tej techniki. Linoleum służy do przygotowania tzw. matrycy. Obraz tworzony jest poprzez... dłubanie. Głębsze czy płytsze, szersze czy węższe „rowki” układają się w oczekiwany wzór. Następnie matrycę pokrywa się farbą lub farbami, jeśli obraz ma być kolorowy i w specjalny sposób robi się odbitki. Obrazowo mówiąc – linoryt to jakby duża pieczątka. Z jednej matrycy „kolorowej” uzyskuję średnio pięć oryginalnych grafik. Podkreślam – oryginalnych, bo każda jest inna, ma odmienny układ kolorów czy różni się chociażby odcieniami. Tworząc trzeba też pamiętać, że matryca jest niejako negatywem, ostateczny obraz jest odwrócony, a to właśnie ten ostateczny obraz jest artystycznym celem twórcy.
To faktycznie nielicha praca. Ile czasu zajmuje wydłubanie takiej matrycy?
Różnie. Średnio 2 – 2,5 miesiąca. Może dlatego zainteresowanie twórców tą techniką nie jest zbyt wielkie. Zresztą, na co wskazuje moje uczelniane doświadczenie, zainteresowanie studentów grafiką projektową czyli, nazwijmy to – użytkową, jest sporo większe niż grafiką artystyczną. Ilu twórców zajmuje się obecnie linorytem – naprawdę nie wiem, ale wiem, że ten rodzaj grafiki staje się coraz bardziej popularny.
Czyli można z tego wyżyć?
Obecnie mogę powiedzieć, że tak, mając – rzecz jasna – tylko siebie na uwadze. Gdybym przez pierwsze 8-10 lat pracy twórczej zajmował się tylko tym, z pewnością nie wykarmiłbym siebie, nie mówiąc o rodzinie. Ale kilka wygranych konkursów, wystaw, także zagranicznych i innych działań „marketingowych”, głównie w internecie, przyczyniło się z pewnością do tego, że moje grafiki stają się rozpoznawalne i... pożądane. Być może ma też na to wpływ fakt, że coraz więcej osób chce, by w ich salonach ściany były ozdobione czymś wyjątkowym, oryginalnym, a nie reprodukcjami z IKEI.

Zdradzi pan, ile najwięcej zapłacono za pańską grafikę?
To raczej nie tajemnica... Niech się zastanowię... Chyba to było 8 tys. zł. Kilka prac znalazło kupców także poza granicami. Wysyłałem swoje grafiki na przykład do Niemiec czy USA. Ostatnio odwiedziła mnie pewna pani aż z Poznania, zainteresowana wystrojem swojego nowego domu i moimi pracami. Wybrała aż cztery. Zatem tak, mógłbym dziś utrzymać rodzinę tylko z pracy twórczej, ale... lubię uczyć, lubię pracę ze studentami. To dziwi mnie samego, bo po prawdzie, bardzo delikatnie mówiąc, nigdy szkoły nie lubiłem.
Niemniej, to już w szkole pana umiejętności artystyczne musiały się ujawnić...
Pewnie tak. W podstawówce uczyła mnie pani Małgosia Afanasjew i mówiła rodzicom, że mam potencjał. Ale chyba nikt w rodzinie, a już z pewnością ja sam, nie przewidywał, że ostatecznie czeka mnie artystyczna przyszłość.
A o jakiej pan myślał?
O żadnej. Naprawdę. Ani jako młody uczeń, ani już jako młodzieniec nie miałem pojęcia, co chciałbym w życiu robić. Jak już wspomniałem wcześniej, to wszystko jest dziełem przypadku. Mówi się, że to nie twórca wybiera swoją artystyczną ścieżkę, ale że to ta ścieżka wybiera twórcę. W moim przypadku tak właśnie było.
W Pasymiu pana prace będą prezentowane po raz pierwszy?
W Pasymiu tak, ale miałem już dwie wystawy w Szczytnie. Raz w galerii w WSPol, a raz w Miejskim Domu Kultury. W Pasymiu, podczas wernisażu, będę prezentował swoje grafiki i opowiadał o ich powstawaniu, posiłkując się filmem, który pokazuje cały proces twórczy. Myślę, że to może zainteresować gości wernisażu. Zapraszam więc do Pasymia. Piątek, 14 lipca, godzina 17.
Kazik straciłeś w moich oczach po ostatnim wywiadzie i nie tylko w moich. Żyj sobie dalej w Hiszpanii. Mniejsze zło...? Zabawne.
Na starość zwariował
2026-04-26 13:06:22
Poziom zarządzania systemem PODSTAWOWEJ opieki zdrowotnej sięgnął dna! Starosta nie zapewnia mieszkańcom najważniejszej potrzeby. Nie ma kasy na dyżur apteki, ale jest na podwyżki wynagrodzeń. Folwark zwierzęcy Orwella! Niesamowicie pomocni sobie, nie ludziom!
Ja
2026-04-25 22:31:24
Zdzisław Zioło niekompetentny juror wg mnie. Nieprzygotowany do oceniania młodych, nie potrafi dobrać słów w ocenie, raniąc delikatne, wrażliwe osoby.
Ja
2026-04-25 19:57:51
Emil i Mieszkaniec mają rację, jeszcze nikt nie poznał zasad działania zakładu a już wielki krzyk się robi! Taki zakład to rozwój miejscowości i niezależności młodych mieszkańców .
Olo
2026-04-25 08:52:04
A może by tak napisać w końcu artykuł o zwolnieniach w Ikei? No tak...to nie pasuje do tych artykułów o ciągłych sukcesach tutejszych władz...jak to by wyglądało.
Tytus
2026-04-25 07:54:17
No I super
Joanna
2026-04-24 06:28:34
Pamiętam pierwszą edycję, Pani Agata też wówczas była jurorem. To wspaniała inicjatywa, która zapoczątkowała Pani Ewa Przychodzka, cudowna nauczycielka!
M
2026-04-23 22:24:49
Pan Tomasz jako nieliczny zabiera głos na sesji. W większości rada to słupy,bez własnego zdania. Przez dwa lata nie zabierają głosu w dyskusji.
Wyborca
2026-04-23 20:15:43
no to auto na wizualizacji wjeżdża w płot. Jakie to premium?
j23
2026-04-23 13:02:35
A ten policjant to jakoś się nazywa?
Zły Porucznik
2026-04-23 08:45:41