Piątek, 29 Maj
Imieniny: Augustyna, Ingi, Jaromira -

Reklama


Reklama

Ostatni kadr Zbyszka. Odszedł z aparatem w ręku


Jeszcze chwilę wcześniej robił zdjęcia. Tak jak zawsze. Z aparatem, plecakiem i tą swoją spokojną obecnością człowieka, który był wszędzie tam, gdzie działo się coś ważnego. Na sesji Rady Miejskiej w Szczytnie zasłabł. Trafił do szpitala. Nie udało się go uratować. Zbigniew Gołda miał 73 lata. Odszedł nagle, na posterunku, z aparatem fotograficznym w ręku.



W Szczytnie i powiecie chyba trudno znaleźć kogoś, kto nie kojarzyłby niskiego pana z aparatem. Był na uroczystościach, sesjach, festynach, spotkaniach, koncertach, jubileuszach i wydarzeniach, które dla innych trwały chwilę, a dzięki niemu zostawały na lata.

 

Zbyszek, bo tak mówili o nim niemal wszyscy, żył fotografią. Ale nigdy nie stawiał jej wyżej niż ludzi.

 

Drugi człowiek był dla niego ważniejszy od najlepszego kadru. Dane słowo znaczyło więcej niż pieniądze. Nie przepychał się, nie szukał konfliktów, nie zabiegał o pierwsze miejsce. Po prostu był. Uśmiechnięty, ciekawy świata, gotowy załagodzić różnice, zanim zdążyły urosnąć do sporu.

 

Z DOLNEGO ŚLĄSKA NA MAZURY

Pochodził z Ziębic na Dolnym Śląsku. Tam dorastał, tam chodził do szkoły, tam zaczęła się także historia jego miłości do Danuty. Na Mazury przyjechał za pracą. W prasie przeczytał ogłoszenie o zakładzie „Unima” w Szczytnie i jesienią 1977 roku ruszył w nieznane.

 

Rok później, a według rodzinnych wspomnień w 1978 roku, dołączyła do niego Danusia. Ściągnął ją z Dolnego Śląska, bo bez niej nowe miejsce nie mogło być domem.

 

4 czerwca świętowaliby 48. rocznicę ślubu.

Fotografię kochał bardzo. Żonę bardziej. Często mówił, że Danusia jest ważniejsza niż zdjęcia, aparaty i wszystkie fotograficzne plany.

 

W Szczytnie zapuścili korzenie. On przez lata pracował, a później coraz mocniej wchodził w świat fotografii. Nie od razu. Ta pasja przyszła z czasem, kiedy kończył zawodową drogę. Kupił aparat. Potem drugi. I nagle okazało się, że bez aparatu już prawie nigdzie się nie rusza.

 

W PLECAKU ZAWSZE BYŁ APARAT

Bliscy wspominają, że Zbyszek nie wychodził bez plecaka. A w plecaku był aparat.

Ten obraz znało całe Szczytno. Niski, uśmiechnięty, skupiony, czasem gdzieś z boku, czasem pod sceną, czasem między ludźmi. Robił zdjęcia tak, jakby chciał ocalić nie tylko twarze, ale też atmosferę chwili.

 

Przez lata współpracował z „Kurkiem Mazurskim”. Ostatnie dziesięć lat był związany z redakcją „Tygodnika Szczytno”. Dla nas był kimś więcej niż fotografem. Był częścią redakcyjnej codzienności. Człowiekiem, do którego można było zadzwonić, poprosić o zdjęcie, zapytać o wydarzenie, pogadać.

Nigdy nie robił z siebie bohatera. Nie musiał. Jego zdjęcia mówiły za niego.

 

Zostawił po sobie tysiące fotografii, setki kart pamięci, aparaty, obiektywy i archiwum lokalnej pamięci. Na tych zdjęciach są ludzie, których już nie ma. Są wydarzenia, które dawno minęły. Są uśmiechy, uroczystości, pożegnania, szkolne akademie, samorządowe spory, strażackie jubileusze i zwykłe momenty, które dopiero po latach okazują się bezcenne.

 

Dzień przed śmiercią kupił wymarzony teleobiektyw.

Nie zdążył się nim nacieszyć.

 

CZŁOWIEK OD ZDJĘĆ I DROBIAZGÓW

Zbyszek miał w sobie ciekawość kolekcjonera. Poza fotografią zbierał spinki do mankietów, krawaty, garnitury, koszule, zapalniczki, kapelusze, a nawet skarpetki. Lubił przedmioty z charakterem. Takie, za którymi stała historia, gest albo wspomnienie.

 

Miał też swoje marzenia. Jednym z nich była podróż do Izraela.

Świat go ciekawił. Ludzie jeszcze bardziej.

 

Potrafił słuchać. Potrafił rozmawiać z każdym. Z burmistrzem, radnym, strażakiem, nauczycielem, dzieckiem na scenie i człowiekiem spotkanym przypadkiem. Nie oceniał z góry. Nie szukał sensacji. Wolał zobaczyć dobro.

Może dlatego tak wielu ludzi go pamięta.

 

OSTATNIE ZDJĘCIA

Odszedł tak, jak żył przez ostatnie lata — wśród ludzi, przy wydarzeniu, z aparatem w ręku. Relacjonował obrady sesji Rady Miejskiej w Szczytnie. Zasłabł nagle. Pomoc przyszła szybko, ale życia nie udało się uratować.

Zostaje pustka.

Na kolejnych wydarzeniach ktoś odruchowo rozejrzy się za nim. Ktoś pomyśli, że zaraz podejdzie z aparatem. Ktoś przypomni sobie jego uśmiech, cichy żart, plecak przewieszony przez ramię.

Nie będzie już tego charakterystycznego kliknięcia migawki.

Będą zdjęcia.

Tysiące zdjęć, które zrobił innym, rzadziej sobie. Bo taki był. Bardziej zainteresowany światem niż własną obecnością. Bardziej skupiony na drugim człowieku niż na sobie.

Zbigniew Gołda miał 73 lata.

 

W Szczytnie zostawił po sobie coś więcej niż fotograficzne archiwum. Zostawił pamięć o człowieku, który był obecny. Cicho, wiernie i z uśmiechem.

Fot. Justyna Rolka



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama