Wtorek, 31 Marca
Imieniny: Amelii, Dobromira, Leonarda -

Reklama


Reklama

Kolizja, upadek i… nowy początek. Jerzy Niemczuk o zakrętach życia i kolejnym debiucie


Najpierw stłuczka na warszawskiej ulicy, potem upadek w centrum handlowym, a na końcu powrót do domu i zaskoczenie – własna książka z felietonami. Jerzy Niemczuk w swoim najnowszym tekście prowadzi czytelnika przez serię zdarzeń, które układają się w opowieść o przypadku, doświadczeniu i kolejnych debiutach – także tych, które przychodzą po latach.



O zakrętach i debiutach

Podatek od szczęścia – jak powiada moja córka. Od długiego czasu nic złego się nie działo, bo staram się dochować ostrożności, nagle kolizja. Drogowa. Kiedy wyjeżdżaliśmy w Warszawie po zakupach w Ikea, nieznacznie wymusiłem pierwszeństwo. Widoczność była ograniczona, prawdopodobnie słupek przeszkodził, tablica na rogu, ostry zakręt na głównej drodze i to że żona rozmawiała przez telefon nieco wychylona do przodu. Zarysowałem bok potężnego forda rangera. U mnie uszkodzony prawy błotnik, pas przedni, zderzak, wygięta klapa silnika, zbity reflektor. Nam w obu samochodach nic się nie stało. Poduszka nie odpaliła. Wyszedłem cało z kolejnego zakrętu, ale zaraz miałem następny wypadek. Kiedy szedłem do toalety w „Domotece”, zaczepiłem nogą o podest i poleciałem na ziemię z impetem. Szczęśliwie umiejętność padania, jaką nabyłem w młodości trenując kung-fu, jeszcze mi pozostała i padając na lewy bark asekurowałem głowę prawą dłonią i ugiąłem nogi. Bez stłuczenia, nawet bez otarcia, tylko plecaczek się nieco utytłał. Najważniejsze, żeby częściej wstawać niż upadać.


Na patrol czekaliśmy pięć godzin. Nie pamiętam, żebym tak tęsknił za jak najszybszym ukaraniem, co policjantom powiedziałem. 
- Zobaczymy – stwierdzili, a że atmosfera zajścia stała się niemal kordialna, to rezultacie zostałem ledwie pouczony i nawet punktów karnych mi nie wlepili.


W ciągu tych pięciu godzin załatwiłem holowanie do pobliskiej stacji toyoty, zgłosiłem szkodę i już po czasie pracy dostałem do dyspozycji samochód zastępczy. Do domu dotarłem dokładnie na rozpoczęcie meczu, a tam czekała na mnie córka ze świeżo wydanymi felietonami. 


Reklama


Poczułem radość, że te moje ulotne teksty, drukowane od niemal ośmiu lat w na tych łamach, zostały utrwalone, a zarazem lęk, że ten niewielki nakład nie dotrze do czytelników, bo nie poradzę sobie z dystrybucją. Musiałbym odbyć dziesiątki spotkań, żeby je sprzedać na spotkaniach autorskich, a na to już się nie piszę. Większość spotkań miałem wprawdzie udanych, jednak wydatek energii i stres odczuwam przy każdym z nich. 
Ostrożność. Nie bez powodu tom nosi tytuł „Z umiarem też nie należy przesadzać”. Córka z żoną tę moją żartobliwą maksymę wybrały. Sam liczyłem w skrytości, że może jakiś wydawca się nimi zainteresuje, trudno jednak znaleźć wydawcę felietonów rzadko się ze wsi ruszając. 


I wydawało mi się to nieco krępujące. Z drugiej strony selfpublishing był udziałem wielu znanych autorów. Marcel Proust to czynił i Stephen King, w Polsce Bruno Schulz.
Miałem w życiu wiele zakrętów, z których wychodziłem na prostą. 


Grafikiem w młodości nie zostałem, choć młody krytyk sztuki chciał mi zrobić wystawę, ale został w Paryżu, a jego wszystkie zbiory razem z moim rysunkami przejęła SB. Nie próbowałem dostać się na ASP, bo nie miałem portfolio. Natomiast parę lat później zadebiutowałem z sukcesem jako poeta.


Nieco później pojawiły się moje opowiadania, a potem debiut w teatrze. 
Autorem słuchowisk zostałem przypadkiem, bo obiecałem że znajdę chętnego, żeby napisał słuchowisko dla młodzieży i nie udało się, więc tekst napisałem sam. Tekst zdobył nagrodę w konkursie w Berlinie. Słuchowisk napisałem w sumie ponad pięćdziesiąt.

Reklama


W stanie wojennym nie mogłem tworzyć dla radia, a z możliwości pracy w ówczesnych pismach sam zrezygnowałem, więc zostałem freelancerem, pisarzem dla dzieci, co mi pozwoliło przetrwać do lepszych czasów. Potem te moje książki były ekranizowane i zyskały dużą oraz wdzięczną widownię. Do dzisiaj spotykam osoby, które wychowały się na nich i słuchowiskach dla dzieci. Ale potem zainteresowanie wydawców wygasło. 
Na szczęście wkrótce się odnalazłem się jako autor sztuk telewizyjnych, dopóki ten teatr nie podupadł, a w końcu jako scenarzysta seriali. Wszystkie moje aktywności dawały mi cząstki sławy, które się jednak nie zsumowały. Dopiero rola współautora w parze z Robertem Brutterem dała mi połowiczną popularność - nazwisko scenarzysty mało kto pamięta - ale z drugiej strony godziwe dochody.


Ostatnio ZAiKS wraz z programem Polskiego Radia zaproponowali mi udział w prestiżowym projekcie Archiwum Historii Autorów, gdzie przez dwie godziny mam opowiadać o sobie. Znalazłem się w gronie sławnych nestorów i zarazem w tym samym czasie zadebiutuję jako autor felietonów. 


Jak się uda z felietonami, to być może jeszcze jeden debiut mnie czeka. 
Mam gotowe satyryczne opowiadania o czasach „dobrej zmiany”, których nikt dotąd nie odważył się wydać.
Jerzy Niemczuk



Komentarze do artykułu

Napisz

Galeria zdjęć

Reklama

Reklama


Komentarze

Reklama