Poniedziałek, 8 Czerwiec
Imieniny: Ariadny, Jarosława, Roberta -

Reklama


Reklama

O majomanii. Felieton Jerzego Niemczuka o nowej królowej kortów


Najpierw procesje Bożego Ciała, potem tenisowe emocje z Paryża, a na koniec Opole. W jeden czerwcowy weekend Polska żyła świętowaniem, ale prawdziwym objawieniem okazała się Maja Chwalińska. Drobna, niepozorna tenisistka, która przeciwstawiła się sile techniką, a depresji – determinacją. Jerzy Niemczuk pisze o narodowej „majomanii”, fenomenie sportowej baśni o Kopciuszku oraz o tym, dlaczego kibice zakochali się w zawodniczce, która na nowo przypomniała, że w sporcie wciąż jest miejsce na charakter, finezję i marzenia.



O majomanii
6 czerwca, który nastąpił po nieuznanym dotąd świętem pierwszych po latach wolnych wyborów, odbyło się coś w rodzaju walki postu z karnawałem. Lud najpierw świętował w procesjach Boże Ciało, potem ruszył gromadnie do telewizorów, żeby świętować tenisowy finał w Paryżu i został przed nimi do festiwalu w Opolu, gdzie zdaje się zabrakło religijnych utworów. Przybyło nam fanów tenisa, bo nastąpiło nowe objawienie.

 

Pierwszym na świecie rozpoznawalnym fanem  był Henryk VIII, który kazał w swoich posiadłościach budować korty. Jeden z najstarszych, z 1625 roku, zachował się w Hampton Court Palace. Zanim pojawiły się rakiety z giętych listew buka, klonu lub jesionu z naciągami z bydlęcych jelit, grano ręką, Zaś sama gra pochodziła z Francji i tak właśnie się nazywała po francusku jeu de paume. A późniejsza angielska nazwa lawn tennis zdaje się także pochodzić od francuskiego tennez, co znaczy: uważaj, bo ten okrzyk wydawali gracze przed serwisem. Zasady gry wraz piekielną punktacją, 15-30-40, która ogranicza wygranie aż do ostatniej piłki, wprowadził sto pięćdziesiąt lat temu brytyjski oficer, Wingfield. Same piłki były białe lub czarne.

 

Czarnymi grano śniegu. Dopiero w latach 70-tych wraz z pojawieniem się koloru w telewizorach zmieniono je na żółte, żeby było lepiej widać. Co roku tenis wraca do Francji o tej porze. Na Rolland Garros zdarzyło się to, czego się obawiałem. Maja, która spędziła na kortach piętnaście wyczerpujących godzin, nie miała aż tyle sił i świeżości, żeby dotrzymać kroku Andrejewej, która grała połowę tego czasu, a wiatr tym razem nie sprzyjał finezji. Były emocje, ale wspaniale tego dnia dysponowana Rosjanka wygrała wyraźnie. A jednak Chwalińska mimo wszystko wzorowo zagrała rolę tenisowego fenomenu.


Reklama

 

Sport potrzebuje dobrych opowieści, a ona snuje wyjątkową. Stylem gry odbiega od wszystkich, które wygrywają w ostatnich latach. Drobna jak Dawid, walczy z Goliatami. Uboga niczym Kopciuszek w porównaniu z tenisistkami z pierwszej pięćdziesiątki, przeskakuje w rankingu niemal o sto miejsc. Wygrywa z najlepszymi nie siłą uderzeń, lecz techniką, sprytem, finezją, determinacją.

 

Wcześniej wygrywa z depresją. We Francji spełnia swoje dziecięce marzenie o Rolland Garros, które przed laty zarejestrowała kamera. Do tej pory bardziej znana jako przyjaciółka Igi Świątek, z którą zamieniła się rolami. To teraz ona przyciąga do siebie media. Jest inteligentna, otwarta, ma poczucie humoru i ujmujący, niemal dziecięcy, uśmiech. Wszystko, czego potrzeba, żeby błyszczeć przez lata na kortach. W trzy mordercze tygodnie napisała dla siebie wspaniałą rolę, teraz trzeba potwierdzić ją kolejnymi występami, w których nie będzie musiała tracić sił na eliminacje.

 

Za sukcesem pójdą sponsorskie kontrakty, co uwolni ją od problemów finansowych i pozwoli się dalej rozwijać. Kibice ją pokochali także z powodów pozasportowych, ekspertów całego świata zachwyciła odmiennością stylu, dawno już na kortach nieoglądanego. Powiało świeżością, która burzy stereotypy. Sam uległem „majomanii”. Znajomi powiedzą, że z powodu handicapu wzrostu i leworęczności. Może i to nie bez znaczenia. Kibicując łatwiej mi się identyfikować z jej problemami.

Reklama

 

Trzeba pamiętać, że taka erupcja talentu niesie ze sobą zagrożenia i nie wszystkie zawodniczki potrafiły ją wykorzystać w kolejnych latach. Niektórym Kopciuszkom złota kareta na powrót zamieniła się w dynię.  Mam nadzieję, że z Mają będzie inaczej, bo nabrała pewności, że może wygrywać z najlepszymi. Tej pewności Idze Świątek na razie zabrakło. Miejmy nadzieję, że wkrótce w oddaleniu od mediów odzyska równowagę i będziemy mogli się emocjonować sukcesami dwóch wspaniałych zawodniczek.
Jerzy Niemczuk

 



Komentarze do artykułu

Napisz

Reklama


Komentarze

Reklama